Köln ein Weinhaus,
Lübeck ein Kaufhaus,
Danzig ein Kornhaus,
Stettin ein Fischhaus.

Tak brzmi fragment starego hanzeatyckiego porzekadła, traktujący o wszystkich miastach tego Związku. I rzeczywiście, w tamtych czasach (a w zasadzie praktycznie w czasach każdych innych niż współczesne) Szczecin słynął z handlu śledzi. Przez wieki handlowano nimi w centrum miasta, w okolicach Odry, zarówno na nabrzeżu, jak i na dedykowanym targu – nomen omen zwanym Rynkiem Warzywnym, który obecnie wygląda o tak:

encyklopedia.szczecin.pl fot. Witold Iwańczuk „Vitalis” CC 3.0

Tu na rybach dorabiano się ogromnych majątków. Transakcje przeprowadzano pod krawatem, w surdutach, a kupcom towarzyszyli odpowiednio wyszkoleni mistrzowie śledziowi. To właśnie na śledziach i soli wyrósł jeden z najbogatszych rodów średniowiecznej Europy, znany raczej ze swojej bankierskiej historii i spektakularnego upadku. Chodzi oczywiście o familię Loitzów, po której jedynym znaczącym wspomnieniem jest kamienica zbudowana przez Hansa Loitza, obecnie mieszcząca Liceum Plastyczne.

DSC_1279

Dlaczego to takie ważne? Bo kiedyś miasto żyło śledziem. Pachniało śledziem. Niestety, z odejściem Stettina, a przyjściem Szczecina wszystko przeminęło. Wprawdzie w PRL jeszcze handlowano tymi rybami, ale to już nie ta skala, nie ta forma. W wolnej Polsce ta tradycja  jednak zaginęła niemal bezpowrotnie. Na szczęście znajdują się osoby, instytucje, które, tak jak ja, pragną przywrócić ten starodawny obyczaj mieszkańcom tego wspaniałego, hanzeatyckiego miasta.

DSC_1278

W tej roli szczególnie zasłużyła się restauracja Na Kuncu Korytarza, która z pewnością zagości kiedyś na łamach Hasztag Gastro, za sprawą ich różnych, całkiem wyszukanych, form podania śledzia. Dziś jednak – triumf prostoty. Fischbrotchen.

DSC_1256

Niepozorna budka na skrzyżowaniu Jagiellońskiej i Wojska Polskiego. Genialny szyld – genialna identyfikacja wizualna, w której dominuje czerń. Mega propsy za logo. Co w menu? Matjas. Produkt tak znany, bo przecież każdy je “a’la Matjasy”. A jednak tak nieznany i niepopularny. Bo tu chodzi o Hollandse Nieuwe – dziewiczego śledzia. Musi on spełniać szereg bardzo surowych norm, w tym podstawową, wiek poniżej 1 roku. Taki śledzik nie odbył jeszcze tarła, nie wykształciła się jeszcze jego płeć i jest bardzo tłusty (nawet 1/3 jego ciała to tłuszcz). Do tego musi być złowiony przez holenderską flotę rybacką, być odpowiednio oprawiony (sposób jest pilnie strzeżoną tajemnicą!). To powoduje, że taki śledź smakuje zupełnie inaczej niż to, co często podajemy pod kieliszek czystej.

DSC_1257

Taki legendarny wręcz, holenderski przysmak zjemy w kilku odsłonach. Zarówno w postaci klasycznej, marynowanej (bismarck), jak i lekko podmażonej. Każda z nich zupełnie inna, każda z nich wyjątkowa. Dziś skupimy się na pierwszych dwóch. Oczywiście podane są równie… klasycznie, z holenderska broodje haring. Lekko ugrillowana ciepła buła, bardzo świeża, pulchna i smaczna, do tego 2 śledziowe filety, odrobina cebuli (jak w Niderlandach), i mały lokalny akcent – ogórek kołobrzeski. Do tego opcjonalny sos – jeden z dwóch na stanie – i można brać bułę w rękę i uciekać. I jeść.

DSC_1275

DSC_0748

Jak smakuje? Genialnie. Lekko chrupiące pieczywo zamyka i opasa całość, sosy są łagodne, ale wprowadzają pewien przyjemny dodatkowy smak, ogórek dodaje odrobinę kwasowości, cebulka lekką ostrość i chrupanie, no i ryba. Delikatna, cholernie tłusta i absolutnie przepyszna. Sztuką jest dobrać takie składniki, żeby nie zabić jej smaku. Tu ta sztuka zdecydowanie stoi na najwyższym poziomie, bo poczujemy wszystko co musimy poczuć, a i nic nas nie przytłoczy. W tym wypadku świetnym twistem był sos curry – rzeczywiście, zgodny z opisem, dzięki swojej korzenności nadają nieco inny wymiar tej prostej kompozycji.

DSC_1259

DSC_1264

Podobnie opisać mogę drugą degustowaną przeze mnie propozycją, czyli bismarckiem z sosem pietruszkowym. Sam sos równie łagodny, żeby nie wbijać się na pierwszy plan. Reszta składników taka sama, toteż nie będę się rozpisywać. Tu pièce de résistance był ten marynowany śledź. Oczywiście, to nie rolmops, marynata jest równie ostrożna w swojej mocy co sama rybka, nie zmienia zbytnio jej smaku (na szczęście!), dodaje lekkiej kwaskowości daniu. I gdybym miał wybierać między tym a poprzednim, wybrałbym niemiecką opcję. Kiedyś też wpadnę na wersję podsmażaną, tego dnia jednak już nie dałem rady. O dziwo, takie kanapeczki są całkiem sycące.

DSC_0740

Jeśli czegoś nie dopowiedziałem, to niech zdjęcia przemówią. A najlepiej po prostu samemu pójść. Tanio nie jest – taka kanapka kosztuje ponad dychę. Ale nie oszukujmy się – za dobry produkt się płaci. Szczególnie jeśli jest oryginalny i w kraju pochodzenia już kosztuje kupę kasy. Ale to jest dobrze wydana kasa. Polecam każdemu. Nawet tym, którzy nie lubią ryb – matjas smakuje zupełnie inaczej. To nadal oczywiście jest smak morza. Przywróćmy tradycję jedzenia śledzi w Szczecinie. 

DSC_1270

Warto tez śledzić fanpage Fischbrotchen. Często zdarzają się różne oferty specjalne, ograniczone czasowo, różne sosy, propozycje. Dużo się zmienia, jest dynamicznie.

PS: Fischbrotchen ma też dowozy. Tak, korpo może bezkarnie żywić się śledziem.

DSC_1253

5/5, a jak!

Cena:

  • matjas w bułce 11 zł
  • bismarck w bułce 12 zł
  • matjas podsmażany 14 zł

Fischbrotchen | Facebook | www
Al. Wojska Polskiego 49, skrzyżowanie z Jagiellońską

  • Szymarek

    Nazwa lokalu niemiecka, śledzie holenderskie, ogórki z Kołobrzegu. A gdzie tu Szczecin ? Słabe to. Przy tych cenach pewnie szybko padną.

    • zgadula

      Szczecin jest właśnie w tym “holenderskim” śledziu. Miejsce istnieje już od roku i z tego co wiem, ma się dobrze. Cena może i wysoka, ale jak najbardziej adekwatna do jakości produktu. 🙂

  • cameel

    Cały ten tekst zalatuje jakąś niezdrową tęsknotą za Niemcem.

    “Niestety, z odejściem Stettina, a przyjściem Szczecina wszystko przeminęło.” – tak i jeszcze to zdjęcie ścierniska, na dowód tego jak Polacy zbezcześcili i zapuścili “Stettin”. Nic tylko zapłakać.

  • Czy dobrze widzę, że już znikli :(?