¡Damas y caballeros, bienvenidos a México!

Jakoś tak wyszło, że doszło do długiej przerwy – nie ma co wnikać, wina studiów, lenistwa. Ale już jestem. W międzyczasie nieco się w szczecińskiej gastronomii zmieniło. Między innymi ulubiona przez wielu Czarna Owca uległa przemianie w Bar Iguana.  No właśnie, niby bar, czyli raczej drinki. I owszem, one też tam są, ale że ja alkoholu nie piję, to na ich konsumcję mnie nie namawiajcie. Ja się zająłem raczej tym, co można zamówić do przekąszenia razem z tymi wyskowowymi napojami. Warto też pamiętać, że godziny otwarcia też są “barowe” – Iguana otwiera się o 14:00. Hipsterski brunch w klimacie centralnej Ameryki niestety odpada.

Najpierw jednak lokal. Położony przy początku Deptaku (czy tam przy końcu, jak zwał tak zwał, w każdym razie od strony Placu Zgody), w sąsiedztwie pierogarni, wchodzi się po schodkach. W środu miejsca za wiele nie ma, ot kilka stolików – spuścizna po dawnym pubie. Wnętrza jednak nieco odświeżono, w nowym, meksykańskim duchu. Dominuje teraz żywa czerwień, z kolorowymi wstawkami na barze. Jedną ścianę, po lewej od wejścia, poświęcono na menu. Do tego masa kapeluszy, w różnych kształtach i formach, podwieszona gitarra, jakieś kaktusy, kolorowe środkowoamerykańskie tkaniny, pełen wybór. W tle cały czas brzęczy jakaś muzyka w przepięknej kastylijskiej mowie. I dobrze, bo dzięki tym wszystkim zabiegom całość tworzy bardzo przyjemny, egzotyczny – ale nie nachalny, klimat.

Wróćmy do tej ściany. Tu znajdziemy bodaj wszystkie propozycje tego, co można tu zjeść. Oczywiście, sympatyczna obsługa i tak przyniesie karty – bo w nich są też chociażby drinki. Wybór jest dość spory, choć samych podstawowych dań nie jest aż tak wiele, wziętych głównie z klasyki kuchni meksykańskiej (burritos, tacos, enchilada) i, niestety, opartych niemal wyłącznie o tortille pszenne. Zdecydowanie brakuje opcji kukurydzianej. Indywidualność naszego zamówienia objawi się przy licznych opcjach dodatkowych – samych mięs są 4 rodzaje – wołowina szarpana, nieszarpana, wieprzowina, kurczak. Każdy znajdzie coś dla siebie. Do tego trzy stopnie ostrości salsy, opcjonalne grillowane warzywa, czarna fasola, ryż po meksykańsku czy inne – każde z nich za drobną opłatą urozmaici nasze danie.

STEP 1 – Nachos

Wiadomo, że te kukurydziane chrupsy z odpowiednią salsą będą idealną przystawką. I były. Szybko podane, w parę minut, w praktycznym koszuku, równie szybko zaspokoiły pierwszy, najbardziej palący głód. O samych nachosach nie ma co dużo prawić, bo finezji w tych chrupiących trójkącikach po prostu nie ma. Tyle nad salsą warto już się pochylić. Gdyby ją określać jednym słowem – świeża. A to za sprawą dużej ilości pomidorów, które nadały delikatnej kwaskowość i z odrobiną ostrej papryki, zapewniającej odrobinę pikantności. Do tego odrobina kolendry i cebuli – dla autentyczności. Sposób jej podania niestety do fortunnych nie należał – grzebanie w tym słoiku, nawet łyżeczką, było strasznie niewygodne. Miseczka albo cokolwiek, co by ułatwiało zagarnięcie tej salsy chrupkiem, spisałoby się po prostu lepiej.

STEP 2 – Enchilada

Dwie tortille pszenne zapiekane pod pierzynką z sera
A w środku oczywiście Twoje ulubione mięso i warzywa

Tak stoi w menu. I sam bym tego lepiej nie opisał. Na stół trafia prosto po zapieczeniu w piecu, w praktycznym ceramicznym opakowaniu, w otoczeniu całej baterii dodatków – meksykańskiego ryżu, salsy verde, salsy “średnio ostrej”, i garści nachosów.

Smak? Po kolei. Pod dość grubą warstwą rozptopionego gorącego sera znajdują się 2 tortille wypełnione mieloną wołowiną, fasolą, pomidorami, kukurydzą i ostrą papryką. Na pierwszy plan zdecydowanie wybija się mięso – w zadowalającej ilości, o naprawę przyzwoitym smaku. Podobno wersja z szarpaną krową jest jeszcze lepsza – spróbuję przy nastęnej wizycie. Całość jest niezwykle sycąca, dość wyrazista, mięsno – pomidorowo – pikantna. Każde z warzyw robi jakąś robotę, od chrupiącej kukurydzy po mączysto-zapychającą fasolę.

Zdjęcie w przekroju prezentuje się wprawdzie fatalnie, bo wszystko się pomieszało, ale wierzcie mi, jest smacznie.

Po prawej od enchilady znajdziemy miskę ryżu meksykanskiego – z dodatkiem warzyw. Rozróżniłem 2 rodzaje fasoli, kukurydzę, papryczki, także całość jest zdecydowanie ciekawa i kolorowa. Wszystkie znane mi źródła mówią jednak, że taki ryż powinno się przyrządzać z gatunków długoziarnistych – tu zaś mamy ziarna krótkie, podobne raczej do arborio czy sushi. Ugotowany na al dente jest dość twardy – przynajmniej dzięki temu nie lepi się. Czy jest to zgodne ze sztuką? Nie wiem, wszak ekspert w tej dziedzinie ze mnie żaden. Niemniej jednak, smakowało mi.

Dalej (znowu w słoiku) – salsa verde, czyli salsa powstała na bazie miechunki pomidorowej, zwanej tomatillos. W smaku trochę podobne do kiszonych zielonych (czyli niedojrzałych) rodzimych pomidorów. Przyjemnie kwaskowe, choć dodatek tak dużej ilości koperku trochę zaburzał równowagę i harmonię smaków.

STEP 3 – Burritos

Jako, że w Iguanie nie byłem sam, to dane mi też było spróbować innego, jeszcze bardziej znanego dania, czyli burritos. To już totalna sztampa jeśli chodzi o Meksyk, czyli  zawinięty i przyrumieniony pszenny placek wypełniony mięchem i warzywami. Kompozycja nie do zepsucia, można by rzec. I rzeczywiście – chrupiąca tortilla skrywała w sobie idealną proporcję wołowiny (tej samej co w enchiladas), tych samych warzyw co w enchiladas, i tego samego sosu co w enchiladas. No właśnie. Trzy razy użyłem nazwy mojego posiłku. Bo niestety, w moim odczuciu to było to niemal dokładnie to samo, tylko podane w podręcznym naleśniku, zamiast zapieczone pod serem. I w sumie tyle.

Nie zrozumcie mnie źle – to nadal kawał solidnej i dobrej roboty jeśli chodzi o kuchnię – ale żeby się zbytnio nie powtarzać, to po prostu ponownie przeczytajcie opis mojej enchilady. I dodajcie sobie, że placek chrupie. Tyle.

W ogólnym rozrachunku – warto. Tak pełny dawno nie wyszedłem z restauracji. Warto dla naprawdę smacznej, choć nieco powtarzalnej, meksykańskiej gastronomii. Do tego w niezwykle przystępnej cenie – obie te tace kosztowały po ok. 21 zł. Cały obiad wyniósł 30 zł, bo przecież nie będziemy siedzieć o suchym pysku. Butelka Jarritos – jednego z największych producentów napojów gazowanych w Meksyku, uszczupli nasz budżet o kolejne 9 zł, tu akurat w wersji z tamaryndowcem. Smak bardzo słodki, a przy tym podobny chyba do niczego – mimo wszystko świetnie komponował się z obiadem. Z pewnością jeszcze tam wrócę. Tyle rzeczy do spróbowania: guacamole, tacos, zupa z kukurydzy. Na pewno wypada też spróbować tutejszych drinków, tequili, i czego tam dusza zapragnie. Ole!

PS widziałem opinie o tym miejscu, zarówno w Google, jak i na Facebooku – obsługa musiała się poprawić, bo zarzutów nie mam. Z drugiej strony, zajęte były tylko 2 stoliki – możliwe że przy większym obłożeniu robi się bałagan. Na pewno do sprawdzenia. Niekoniecznie w piątek wieczór.

4/5

Cena: 20-30zł za przeciętną porcję obiadową.

Bar Iguana | Facebook
Al. Wojska Polskiego 29, Deptak Bogusława

Spodobało się? Masz pytania? Wejdź na fanpejdż, zostaw lajka. Dzięki!

  • Jan

    Miejsce całkiem fajne ale dwie uwagi: po pierwsze ceny w artykule są już nieaktualne. W nowym menu ceny są wyższe niż te cytowane, które znajdowały się na ścianie (w lokalu tej tablicy ze zdjęcia już nie ma). Po drugie, poziom obsługi jest tragiczny. Nikt nie wymaga uśmiechniętych kelnerów jak w droższych restauracjach. Niemniej właśnie taki małe miejsca mogą sobie pozwolić na sympatyczną, otwartą i luźną obsługę, którą wygrywają (patrz otwarta nie tak dawno w Szczecinie śniadaniarnia na al. Jana Pawła). Mnie mocno zniechęcają znudzeni, mrukliwi barmano-kelnerzy wyglądający jak na wiecznym kacu.
    Z pozytywnych rzeczy jedzenie jest bardzo smaczne, guacamole idealnie wyważona, porcjami można się najeść, a dodatek w postaci nachos na tacce jest bardzo miłe. Muzyka meksykańska w tle również robi robotę 🙂 Myślę, że jak Iguana poprawi obsługę będę tam pojawiał się znacznie, znacznie częściej.

    • zgadula

      Kurczę z tymi cenami i zmianą to mnie w takim razie zaskoczyli – byłem tam dosłownie dzień czy dwa przed publikacją, czyli łącznie nieco ponad tydzień temu.

      A co do obsługi, to o jej jakości słyszałem z każdej możliwej strony – i byłem na to wyczulony. Trafiło nam się jednak że lokal był pusty, to zostaliśmy obsłużeni dość sprawnie, i sam kelner/kasjer/barman był w miarę sympatyczny, choć i cudów od niego nie wymagaliśmy.

      Podejrzewam, że przy większym ruchu może być ZNACZNIE gorzej.